Wszędzie jest tak samo cz. 2

Część druga, przeczytaj pierwszą część dostępną na naszej stronie!

Autor tekstu: Martyna Radomska

„Mister, mister, taxi!” zaczęły się nawoływania, ale dzielnie odnalazłam swoją taksówkę z numerem postojowym 9. Podałam adres i zarządziłam włączenie taksometru. Pan udawał, że nie rozumie, ale w końcu, po moim pogrożeniu że wysiądę, w końcu się udało. Dojechałam pod hotel dziewczyn, i zanim porządnie wysiadłam z pojazdu na mojej szyi były już uwieszone dziewczyny, przekrzykujące się co muszę koniecznie zobaczyć”.

W Bangkoku spędziłyśmy 12 godzin. Nie jest to czas na porządne zwiedzanie. Raczej na prysznic, jedzenie i przejście po osiedlowych marketach. Wieczorem rozjechałyśmy się na lotniska by za kilka dni spotkać się w Indonezji.

Lot z Bangkoku do Dżakarty zapewniała mi tania linia Air Asia. Najbardziej popularny spóźnialski w tej części świata. Opóźnienie? Bagatela 4 godziny. Do Dżakarty dotarłam o 4 rano. Wszystko pozamykane, brak możliwości wymiany gotówki, taksówek na horyzoncie też jakoś brak. Stoję, jak ostatnia sierota przed terminalem i zastanawiam się co zrobić, kiedy podchodzi do mnie Indonezyjczyk. „Chcesz kawę? Wyglądasz na zmęczoną.” Lampka ostrzegawcza w głowie. Chyba wyczuł moją niepewność, bo rozpiął kurtkę i pokazał mi swoją legitymację ochrony lotniska. 20 minut później miałam przy sobie wymienioną gotówkę, kawę i taksówkę, której kierowca dostał dokładny adres mojego hotelu i włączył taksometr, zanim zdążyłam na niego spojrzeć.Dżakarta jest ogromna. W hotelu byłam po 5. Druga doba bez snu. Cudownie. Ale ogrom wrażeń przekładał się nad zmęczenie. W hotelu spotkałam się z Dominiką, która też w tym roku dostała się na Darmasiswę, do tego samego miasta co ja – Bandung. Postanowiłyśmy trzymać się razem.
Pierwsze dni w stolicy Indonezji były dość intensywne. Program otwarcia, poznawanie innych uczestników, tradycyjne tańce, nowe smaki. Po 4 dniach rozjechaliśmy się do swoich miast. Moje, Bandung, czwarte największe miasto Indonezji, położone jest w górach, na zachodniej Jawie. Jest tu zimniej niż w innych częściach wyspy, a wszechobecny smog utrudnia widoczność. Jak taka Warszawa. Razy cztery.

Pierwszy tydzień w nowym miejscu był okropny. Karaluchy jak pół dłoni, komary nieprzestające gryźć oraz nieproszony lokator – szczur wielkości małego kota. Do tego brak ciepłej wody na horyzoncie. „Prawdziwe życie Indonezyjczyków” uspokajała mnie Kasia.
Po tygodniu wyjechała na staż na Bali, a ja zostałam sama w naszym nowym domu. „Dasz radę” mówiłam sobie, i zabrałam się do roboty.

Pierwszy istotny aspekt: przekupić sąsiada. Przekupstwo sąsiada jest w dobrym tonie. Nauczyłam się 4 zdań po indonezyjsku, po czym poszłam do niego ze zwitkiem pięniędzy i drobnym prezentem z polski. 20 minut później wiedziałam, że straż sąsiedzka została aktywowana i teraz nie muszę się martwić, ani o swoje bezpieczeństwo, ani o to, że moja paczka nie zostanie odebrana. Codziennie rano wychodzę przed dom i po radosnym „Salamat Pagi” dostaję od sąsiada i jego żony kawę, a następnie zaczynam naukę języka z jego 6 letnim synem. On mi mówi co robi, a ja staram się zrozumieć. Nauka z dziećmi jest prostsza niż z dorosłymi, a przy okazji sprawia im to niesłychaną radość, że mogą cię czegoś nauczyć.Kolejne tygodnie w Indonezji mijały na urządzaniu mieszkania, wstawianiu drzwi oraz rozmowach z właścicielką, że skoro podnosi czynsz to może wstawi bojler na wodę i lodówkę? Po dwóch miesiącach nasze warunki są dużo lepsze, można by rzec, że europejskie. Z przerażeń pierwszego tygodnia zostały tylko karaluchy, ale na te też już mamy sposób – spray i ciężki but.

Wszędzie jest tak samo. Mieszkając tutaj zrozumiałam, że kiedy wyjeżdżasz na rok, i nie ogranicza cię bilet powrotny zaczynasz żyć jak miejscowy. Daleką podróż na Bali planujesz na spokojnie. Bez pośpiechu. Wieczorami wychodzisz z nowymi znajomymi i wymieniasz się poglądami na temat muzyki, polityki lub ostatniej imprezy. Znajdujesz cotygodniowe rytuały – turniej bilardowy w środę, muzyka na żywo w sobotę. Czasami karaoke w piątek. Zaczynasz rozumieć, że ludzie tworzą miejsce, a nie obrazek z przewodnika.

Mamy kilku znajomych, którzy wyjeżdżają w każdy weekend. Kiedy po powrocie pytamy, co warto tam zwiedzieć, najczęściej nie wiedzą. Ale ważne, że jest zdjęcie na insta.

A przecież nie o takie podróżowanie chodzi.

Dla mnie roczny wyjazd to przede wszystkim wielka okazja do poznania kultury, tak różnej od naszej, europejskiej. To zrozumienie mentalności i tradycji panującej w Indonezji. To dostrzeżenie różnic między Europą, a Azją. Azja nie jest taka, jak opowiadają przewodniki. Jest cieplej, i deszcze są bardziej obfite. Ale ludzie robią to samo: chodzą na zajęcia, spotykają się wieczorami, rozmawiają. Rozpoczynają i kończą studia. Bawią się i smucą. Dobrze gotują. Kiedy biorą ślub, cała ulica się bawi. Kiedy odchodzą, cała ulica się modli. Piją kawę w fancy knajpkach i noszą dżinsy. Grają na gitarach i niesamowicie śpiewają.

Ale przede wszystkim są bardzo otwarci, bardzo pomocni i jeszcze bardziej ciekawi, jak to jest u nas i czy się nam podoba u nich. Bo to dla nich ważne.   

Ps. Planujemy z Kasią Bali. Ja dojadę do niej i trochę pozwiedzamy. Bez napinki, za to z dobrym jedzeniem i poranną wodą z kokosa na plaży. No chyba, że będzie padać.