Tam i z powrotem cz. II

PIOSENKA TYGODNIA

W tym wpisie chciałabym umieścić dwa utwory:

W Pustyni i w Puszczy całkiem dobrze oddaje motyw przewodni naszej wyprawy, oraz fakt, że w pewnym momencie słuchaliśmy/śpiewaliśmy ją w kółko.

Może i nie jechaliśmy przez Afrykę ale cała nasza wyprawa opierała się na robieniu rzeczy po raz pierwszy!

W poprzednim tekście opuszczaliśmy w miarę bezpieczne New South Wales i wjeżdżaliśmy nocą w głąb stanu Queensland. Kolejne 2 dni ciężko odróżnić od siebie – kierowaliśmy się na północ, wzdłuż wybrzeża, robiliśmy przystanki na prysznic, okazjonalne zdjęcia lub na sen. Na pierwszy nocleg zatrzymaliśmy się nieco niespodziewanie przed Harvey Bay na postoju przy stacji benzynowej i tajemniczym sklepiku z winem z liczi i darmową kawą, drugą noc spędziliśmy na polu kempingowym z prawdziwą łazienką i kuchnią. Siódmy dzień naszej wycieczki był bardzo istotny, dojeżdżaliśmy do Cairns jednak po drodze planowaliśmy zwiedzić Paronella Park – zamek w środku dżungli zbudowany przez hiszpańskiego imigranta, obecnie należący do prywatnej firmy oraz otwarty do zwiedzania. Wyglądem przypominał świątynię z jednego z filmów o Indianie Jonesie więc naturalnie musieliśmy go zobaczyć. Park był jedynie 30min drogi z dala od autostrady co jak się prędko okazało, w Queensland oznacza krążenie po wąskich dróżkach przez plantacje bananów i bardzo delikatne mosty. Mimo najlepszych chęci nie weszliśmy jednak do parku. Przy wejściu okazało się, że opłata za wstęp znacznie przekracza nasz budżet i dopuszczalną normę (46$ od osoby trochę nas zbiło z nóg). Na szczęście mogliśmy się przejść po bardzo niestabilnym, wiszącym moście nad wodospadem i porobić ładne zdjęcia z widokiem na główną atrakcję parku – w retrospekcji, nie straciliśmy zbyt wiele. Najlepsza przygoda czekała nas w drodze do parku. Jadąc w tamtą stronę zatrzymaliśmy się (z piskiem opon) przy Honesty box – samoobsługowym straganie wystawionym przy wjeździe na teren plantacji bananów, gdzie można było samemu odważyć sobie dowolną ilość bananów i wrzucić należną kwotę do puszki. Za pierwszym razem spróbowaliśmy po jednym. Nie wiem czy ktokolwiek z czytelników kiedyś próbował organicznych bananów z tropików, jeśli nie, to musicie mi wierzyć na słowo, że są to zupełnie inne owoce. Smakują jak słońce. W drodze powrotnej miałam kupić trochę więcej na zapas, więc wróciłam do auta z 3kg bananów. Wciąż uważam, że była to najlepsza decyzja tego dnia. Wieczór również był niczego sobie, w drodze do Cairns zatrzymaliśmy się przy strumyku – miejscowej atrakcji, zdecydowaliśmy, że błąkanie się po dżungli po zmroku nie jest najlepszym pomysłem (zdecydowała Natalia, gdy reszta z nas bardzo chciała błąkać się po dżungli po zmroku) i w końcu dojechaliśmy do punktu docelowego.  Tego wieczora mieliśmy prawdziwą ucztę, steki z kangura w marynacie z warzywami. Wszyscy myśleli, że żartowałam mówiąc, że można tutaj kupić w supermarkecie stek z kangura gotowy do smażenia, dopóki nie zobaczyli go w sklepie na półce. Były przepyszne. Wykończeni poszliśmy spać, aby następnego dnia, po nocy pełnej koszmarów (z gorąca – było naprawdę gorąco, szczególnie w aucie bez porządnej wentylacji) wstać skoro świt, gotowi na gwóźdź programu, jakim była wycieczka po Wielkiej Rafie Koralowej.

Po lewej: Tak wyglądała droga przez większość czasu. Po prawej: Ja i Szat oglądające Paronella Park z darmowej strony.

Great Barrier Reef jest największym na świecie żyjącym organizmem (mimo, że w zeszłym roku została ogłoszona martwą, naukowcy wciąż starają się ją odratować), o powierzchni rozciągającej się na 346 tysięcy m2, wiek jej najstarszych części jest szacowany na 500-600 tysięcy lat. Od 1981 roku znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO i podczas naszej wycieczki prawie wszyscy mając na sobie pełen sprzęt do nurkowania, na nią „spadliśmy”. Ale wszystko po kolei. Od rana nie potrafiliśmy znaleźć mariny, z której miał odchodzić nasz statek. Osobiście wolę zrzucić winę na mylące wskazówki GoogleMaps, jednak prawdopodobnie było to wynikiem postępującego wycieńczenia całej wycieczki. Ostatnimi siłami znaleźliśmy odpowiedni dok, wskoczyliśmy na pokład, wypełniliśmy odpowiednie dokumenty i byliśmy gotowi na dzień pełen relaksu oraz przygód. Warunki były idealne, trafiliśmy na pierwszy od tygodni, słoneczny dzień, temperatura wahała się w okolicach 30◦C, woda przejrzysta jak nigdy. Pierwszy przystanek i od razu zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę, dosłownie. Zapisaliśmy się na nurkowanie z butlą dla początkujących więc wskoczyliśmy w stinger suits (specjalne kombinezony chroniące przed meduzami, które akurat były w sezonie), przeszliśmy ekspresowy kurs nurkowania i byliśmy gotowi do zejścia pod wodę. Nigdy w życiu nie widziałam czegoś równie niesamowitego. Z pomocą instruktora schodziliśmy pod wodę i im bardziej się zanurzaliśmy, tym więcej szczegółów rafy się wyłaniało. Nie była tak kolorowa jak na zdjęciach co było główną oznaką obumierania całego organizmu, jednak nawet w opłakanym stanie widoki zapierały dech w piersiach (nie dosłownie, bo wstrzymywanie oddechu podczas zanurzania mogło rozsadzić nam płuca). Rafa była przepiękna, mogliśmy nawet pomyszkować nieco na własną rękę, tak długo jak byliśmy blisko instruktora, była tylko jedna zasada – nie dotykamy koralowców. Brzmiała całkiem rozsądnie do momentu, w którym zaczęłam tracić kontrolę i dosłownie opadać na dno. W tym wypadku miałam dwie opcje – opaść na tysiące malutkich organizmów, lub odepchnąć się czubkami palców od jednego z nich (po godzinach męczenia się poczuciem winy dowiedziałam się, że nie tylko ja miałam ten problem). Całe doświadczenie jest dla mnie niemożliwe do opisania w tak krótkim tekście. Najmocniej utknął mi w pamięci jeden moment, podczas drugiego przystanku nurkowaliśmy już tylko z rurką do oddychania tuż pod powierzchnią. Łódź zatrzymała się w pewnej odległości od rafy i trzeba było przepłynąć kawałek, żeby się na niej znaleźć. Gdy czas nurkowania minął i wszyscy wracaliśmy do łodzi, chcąc rzucić ostatnie spojrzenie na rafę płynęłam z powrotem patrząc w dół. W pewnym momencie rafa nagle się urywała i następował nagły spadek w dół, w głąb oceanu. Jedyne co było widać to narastająca ciemność. Wrażenie, że pod nami nie ma absolutnie nic przerwało parę baniek powietrza, lecących ku powierzchni z głębin. Bardzo szybciutko wróciliśmy wtedy na pokład.

Instruktor zapomniał nam powiedzieć, że jeśli będziemy uśmiechać się do zdjęć, woda będzie wdzierać się nam pod maskę.

Cały dzień spędzony na wodzie wyciągnął z nas resztki energii. Tego wieczora nabraliśmy sił i następnego ranka ruszyliśmy na spotkanie kolejnej przygody – lasu deszczowego Daintree. Daintree Rainforestjest najstarszym lasem deszczowym na świecie, również na liście światowego dziedzictwa nie tylko z powodu wieku lasu, ale również z powodu występowania w nim kazuarów, przedziwnych ptaków zdecydowanie zbyt mocno przypominających dinozaury. Sama podróż do Daintree była niezłą przygodą. Kręta droga wzdłuż oceanu, widoki jak w Nibylandii, przeprawa promem przez rzekę oraz pagórki podczas, których pokonywania baliśmy się, że nasze dzielne autko wyzionie ducha. Po dotarciu do właściwego lasu wybraliśmy się na planowaną „przechadzkę” niemal niewidocznym szlakiem przez busz. Nie spotkaliśmy kazuarów mimo ostrzegawczych tabliczek, spotkaliśmy za to wygłodniałe chmary komarów więc można powiedzieć, że przygoda została zaliczona. Najlepszą częścią tego dnia nie było jednak chodzenie po lesie (przy tej wilgotności powietrza każdy krok był najgorszą częścią naszego dnia) ale wizyta w lokalnej fabryce lodów. W samym sercu najstarszego na świecie lasu deszczowego znajduje się mały sklepik, który sprzedaje lokalnie robione lody. Mają tylko cztery smaki, które można kupić w jednym kubeczku. Wybór smaków zależy od tego, które owoce akurat są w sezonie. Nam trafiły się Jackfruit, Wattleseed, Mango oraz australijska śliwka. Najlepsze lody jakie jadłam w życiu, zdecydowanie warte wyprawy w głąb dżungli. Niestety dzień chylił się ku końcowi, trzeba było wracać. Po drodze zatrzymaliśmy się na kąpiel na jednej z plaż zaopatrzonej w tzw. Stinger net, specjalną siatkę rozciągniętą wokoło kąpieliska zatrzymującej meduzy, które jak wyżej wspomniałam były w sezonie. Jeszcze jedno zwierzę było w tamtym czasie w sezonie, gad, którego powinniśmy się bać o wiele bardziej niż meduz oraz którego nie powstrzymałaby taka siatka. Okazuje się, że luty jest szczytem sezonu lęgowego krokodyli słonowodnych występujących głównie w tamtych okolicach. Nienajlepszy moment na kąpiel. Na szczęście wróciliśmy do auta bez brakujących kończyn.

U góry: Widok na rzekę Daintree oraz otaczający ją las deszczowy. Na dole: Znaleźliśmy Nibylandię.

Kolejne trzy dni przeznaczyliśmy na drogę powrotną. Tym razem nie wracaliśmy wzdłuż wybrzeża a najkrótszą drogą z Cairns do Melbourne. Wybór tej trasy oznaczał przejechanie 3 tysięcy kilometrów przez pustynię. Muszę przyznać, że mieliśmy podczas tej wycieczki ogromne szczęście (całkiem możliwe, że wykorzystaliśmy swoje zapasy szczęścia na kolejne 10 lat). Tak czy inaczej następne 60 godzin zlało się w jedną długą trasę składającą się z prowadzenia, drzemek, bezobsługowych stacji benzynowych wyglądających na opuszczone oraz postojów dla ciężarówek. Droga prowadziła nas prosto godzinami, przez czerwony krajobraz. Tysiące kilometrów pól, wymarłych wiosek i niespodziewanych robót drogowych. Wszystko to przy 36◦C i szkieletach kangurów na poboczu. Raz nawet przetoczył się przed nami wyschnięty krzak, jak w kreskówkach. Jechaliśmy prawie bez przystanków, przez burzę (jak się potem okazało, największą burzę tego sezonu jaka uderzyła w Queensland), okazjonalne trąby powietrzne i wyschnięte rzeki. Ścigaliśmy się z Road Trains, ogromnymi ciężarówkami ciągnącymi paliwo bądź inne zaopatrzenie przez pustynię – prędkość ciężarówek nie przekraczała 100km/h a nasze autko, gdy już się rozpędziło nie mogło zwolnić poniżej 120km/h, inaczej silnik wydawał groźne dźwięki. Dopiero ostatniego dnia, gdy mijaliśmy kolejnych robotników drogowych zorientowaliśmy się, że nasz van nie był ani trochę dźwiękoszczelny. Główną wskazówką były rozbawione spojrzenia rzucane w naszą stronę, kiedy w najlepsze śpiewaliśmy razem głupie piosenki. Pod koniec każde z nas było wykończone, ale szczęśliwe. Bo nie wszystko było takie straszne. Gorąc jak z piekarnika wdzierający się do auta był przerażający, ale tego samego dnia na postoju dla ciężarówek, gdzie zatrzymaliśmy się na noc, dzięki temu, że byliśmy na środku pustkowia mogliśmy oglądać całą galaktykę na niebie. Powstawały między nami spięcia, ale chwilę później śpiewaliśmy piosenki z dzieciństwa lub rozmawialiśmy o życiu i marzeniach. Trzy godziny przed Melbourne prawie dostaliśmy mandat, ale musieliśmy wyglądać okropnie, bo policjant tylko pogroził nam palcem i kazał bezpiecznie jechać do domu.

Takie widoki towarzyszyły nam przez trzy doby. Pola oraz wszechogarniający upał.

W końcu dojechaliśmy. Po 12 dniach i 6420km w drodze, oddaliśmy nasze dzielne autko do wypożyczalni (miejmy nadzieję, że na zasłużony urlop) i wróciliśmy do mnie do mieszkania. Nasza podróż się skończyła, ale wycieczka nadal trwała. Następnego dnia zwiedzaliśmy Melbourne i wzięliśmy udział w White Night– nocy świateł, trochę przypominającej Noc Muzeów. Rano pojechaliśmy do zoo specjalizującego się wyłącznie w australijskich gatunkach zwierząt na bliskie spotkanie z koalą. Po drodze zahaczyliśmy o winiarnie (australijskie wina, szczególnie ze stanów Wiktorii oraz Południowej Australii są słynne na całym świecie) gdzie za degustację zapłaciliśmy opowieściami o naszych niedawnych przygodach. Zoo zwiedziliśmy niemalże sprintem, spojrzeliśmy w oczy najpiękniejszej koali na świecie i zanim się obejrzeliśmy, wracaliśmy do mieszkania na ostatni wieczór. Następnego ranka wstaliśmy o świcie i odwiozłam moją ukochaną ekipę na lotnisko. Parę uścisków i już ich nie było. Pomimo zmęczenia i wszystkich (często sprzecznych) emocji nie zauważyłam, kiedy cały ten czas minął. Piętnaście dni zleciało nam o wiele za szybko. Nie potrafię powiedzieć jak bardzo jestem wdzięczna, że moi przyjaciele byli na tyle szaleni, że zdecydowali się wybrać ze mną w tę podróż. Wiem za to dwie rzeczy: pierwsza to, że będziemy wspominać naszą przygodę do końca życia. Druga to, że to na pewno nie ostatnia taka wyprawa na jaką razem wyruszyliśmy.

Koniec jednej przygody i początek nowych planów.

A.