Tam i z powrotem cz. I

PIOSENKA TYGODNIA

Ends of The Earth, którą znalazłam w jakimś filmie drogi. Idealnie oddaje momenty podróży, bo droga była niesamowita i cieszę się, że miałam ją z kim dzielić.

Tekst: Alicja Krawczun-Rygmaczewska

Znacie ten scenariusz: Grupa przyjaciół pakuje się do auta i rusza w trasę na przygodę życia pełną kłopotów, niesamowitych widoków i świetnej muzyki? Brzmi ekstra, brzmi bardzo nierzeczywiście i przede wszystkim brzmi dokładnie jak coś co zrobiłam nieco ponad tydzień temu.

Mój film zaczął się w momencie, gdy po miesiącach przygotowań odebrałam w końcu nasze auto z wypożyczalni. Było wielkie, o wiele większe niż kiedykolwiek prowadziłam, trochę Wesoły Autobus. Jakoś dotoczyłam się nim pod dom, wielkie pakowanie, pobudka przed świtem i w drogę na lotnisko – odebrać resztę ekipy. Chciałam ich zaskoczyć, stanąć z wielkim plakatem powitalnym i wieńcami hawajskimi, a wyszło jak zwykle, znaleźli mnie pierwsi samochodu nie dało się przeoczyć. Byli zmęczeni, niewykąpani, po ponad 40 godzinach w podróży z Trójmiasta i wszyscy ściskali mnie na lotnisku w Australii, nie mogłam w to uwierzyć. Wtedy zaczęła się chyba najfajniejsza historia jaką kiedykolwiek będę mogła opowiedzieć.

Pierwsze chwile w drodze, za 15 minut będą smacznie spać.

Zamysł był prosty – w 12 dni przejechać vanem wzdłuż wschodniego wybrzeża i z powrotem do Melbourne ponad 6500km, no i po drodze zobaczyć parę fajnych rzeczy. Easy, mieliśmy dobry plan, zarezerwowane atrakcje i pieniądze na paliwo, co mogło pójść nie tak? No właśnie…
Do Sydney prowadziłam ja, Natku, Michał i Szat odsypiali Jetlag. 800km mija szybko, kiedy ma się dobry samochód i świetne towarzystwo. Niestety nie mieliśmy dobrego samochodu a dobre towarzystwo mimo najlepszych chęci głównie spało. Pierwszego dnia spędziliśmy sto lat w samochodzie – dosłownie. Pod Operę w Sydney dojechaliśmy tuż po zachodzie słońca. Pierwsza sesja zdjęciowa i pierwsze wrażenia „Jesteśmy w Australii, naprawdę tu jesteśmy!”. W tym momencie nie miałam pojęcia co dalej. Jesteśmy na pierwszym przystanku a ja absolutnie nie wiem, gdzie można zaparkować auto żeby jakoś doczekać do rana. Zrobiłam więc to co każdy by zrobił będąc na moim miejscu – z uśmiechem obwieściłam, że według wcześniej opracowanego oraz sprawdzonego planu zaparkujemy tuż przy plaży i tam się prześpimy. Czy nie będziemy mieli przez to kłopotów? Jasne, że nie (czyt. Nie mam pojęcia)! Na szczęście głupi ma zawsze szczęście i obudziliśmy się rano w naszej rezydencji na kółkach prosto z widokiem na Pacyfik. Piękniej się nie dało! Ten dzień spędziliśmy na Bondi Beach – po śniadaniu na plaży, wylegiwaliśmy się i spacerowaliśmy po skałach, skakaliśmy przez fale oraz opalaliśmy się na przeróżne odcienie czerwieni. Jak w raju. Tyle ile się naoglądaliśmy i nałykaliśmy słonej wody to nasze. Zgubiłam też okulary przeciwsłoneczne w ciągu pierwszych 5 minut, porwał je ocean, zdarza się. Po południu pojechaliśmy jeszcze dotknąć gmach Opery (obowiązkowo) i popędziliśmy na ostatnią chwilę na pole campingowe – od czasu do czasu trzeba było podładować samochód, ewentualnie wziąć prysznic, takie tam zmartwienia dorosłości. Pan z biura obsługi pola również był postacią z filmu, uprzejmy, ale wiecznie naburmuszony, na ścianach biura miał porozwieszane plakaty motywacyjne z tekstami „Bądź miły dla klientów” lub „Uśmiechaj się”. Pole campingowe też wyglądało jak z filmu – konkretnie z horroru. Na szczęście miało prąd, łazienkę i kuchnię więc nie mieliśmy na co narzekać. Tego wieczora
dotarło do mnie jak malutko będziemy spać przez cały wyjazd.

Poranne widoki.

Kolejnego dnia planowaliśmy dojechać do Byron Bay, miasteczka hipsterów, hipisów i wszelkiego rodzaju wyluzowanych ludzi. Niestety postanowiliśmy po drodze zajechać do Szpitala dla Koali. Tak się spieszyliśmy żeby zdążyć przed zamknięciem, że pobiegliśmy w klapkach, poza tym tutaj wszyscy tak chodzę. Okazuje się, że połączenie klapek, nierównej powierzchni i mojego braku koordynacji aż się prosiło o jakiś wypadek. Tak więc pół godziny później ze szpitala dla koali jechałam do szpitala dla ludzi z kawałkiem drewna wielkości wykałaczki głęboko w stopie. Na szczęście skończyło się na dwóch szwach, śmiesznych zdjęciach i fajnej historii. Jedyne co mnie martwiło to fakt, że straciliśmy ponad 5 godzin czekając na przyjęcie i zabieg. Postanowiliśmy pojechać jak najdłużej się da i zaparkować gdzieś „na dziko”, koniec końców nocowaliśmy pod McDonaldem, czyli wszystko w normie.

To zdjęcie wysłałam Mamie z podpisem „Wszystko dobrze”.

Następny dzień miał tyle punktów, że wydawał się być trzema osobnymi. Zaczęliśmy od dojechania do Byron Bay, zjedliśmy śniadanie na plaży, Michał i Szat pobiegli pływać a ja i Natku przeszłyśmy się po uliczkach pełnych sklepików z pamiątkami, magicznymi kamieniami do medytacji i kawiarni. W jednej z kawiarenek, nota bene wielkości szafy zainteresowały nas herbaty z dodatkiem sproszkowanych grzybów (?!), barista przekonywał nas, że są zdecydowanie warte spróbowania, niesamowicie dobre dla zdrowia, absurdalnie drogie i przede wszystkim w 100% legalne. Zdecydowałyśmy się zrobić krok wiary i była to… najobrzydliwsza herbata jaką kiedykolwiek piłyśmy, wciąż ją wspominamy. Z Byron Bay (które już na zawsze pozostanie miastem grzybowej herbaty) ruszyliśmy dalej na północ do Gold Coast. Tam szybki meldunek na polu campingowym, prysznic, lunch i dalej w trasę – chcieliśmy zobaczyć las deszczowy. Lamington National Park powstał jeszcze w czasach dawnego kontynentu, Gondwany z pozostałości wulkanu powstałego 23 miliony lat temu. Ze wszystkich lasów jakie tu odwiedziłam, ten zdecydowanie był jednym z moich ulubionych, mógł mieć na to wpływ fakt, że zostałam wzięta za strażnika leśnego przez jednego z turystów. Strażnicy leśni, tutaj tzw. Rangers(co można również tłumaczyć jakoWędownicy) noszą różne mundury jednak ich nieodłącznym elementem jest kapelusz z szerokim rondem, dokładnie taki jaki tego dnia oraz przez większość wycieczki miałam na głowie. Mimo wszystko wolę myśleć, że do pomyłki przyczynił się również mój zdecydowany krok. Od tego czasu zostałam oficjalnym Rangerem naszej wyprawy. Ciężko opisywać wszystkie widoki, więc musicie uwierzyć mi na słowo, że gdzie nie spojrzeliśmy, zapierało dech w piersiach. Serio, chyba nikt nie ma więcej zdjęć drzew niż my po tej wycieczce.

Nie powiem, całkiem łatwo się pomylić.

Gdy tego wieczora wróciliśmy na pole campingowe byliśmy wykończeni jednak przez całą drogę humory dopisywały. Nie miałam pojęcia, że godzinę później po raz pierwszy tego wyjazdu wszyscy się pokłócimy. Nie zrozumcie mnie źle, pokrzyczeliśmy na siebie przez 20 minut a potem dostałam zaległy prezent urodzinowy. Wszyscy byli zmęczeni i poirytowani nawet najmniejszymi głupotami. Tak się dzieje jak zamyka się 4 osoby w nagrzanym pudle na kółkach na dłuższy okres czasu. W retrospekcji nawet się cieszę z tej sprzeczki, oczyściła atmosferę i nagle było jakoś łatwiej oddychać.

Nowy dzień zastał nas w lepszych humorach, odrobinę bardziej wypoczętych. Wymeldowaliśmy się z pola i potoczyliśmy naszym karawanem dalej do dzielnicy Gold Coast znanej jako Surfers Paradise, byłam tam już wcześniej więc wiedziałam doskonale co będziemy robić aż do wieczora – tego dnia czekało nas nic innego jak wylegiwanie się na plaży. Desperacko tego potrzebowaliśmy. Ja z powodu wciąż gojącej się nogi nie mogłam się kąpać ale cała reszta skakała przez fale aż do wieczora. Zjedliśmy porządny obiad w restauracji, kupiliśmy pamiątki i przede wszystkim mieliśmy WiFi. Nie miałam dotąd zielonego pojęcia, że WiFi jest niezbędnym elementem potrzebnym do zachowania pokoju między ludźmi, następnym razem będę lepiej przygotowana.

Porządnie naładowaliśmy baterie – dosłownie i w przenośni – na tej ostatniej z bezpiecznych plaż i wieczorem wkroczyliśmy w drugi etap naszej wycieczki. Tej nocy wjeżdżaliśmy w głąb stanu Queensland, im dalej na północ jechaliśmy tym dalej pakowaliśmy się w terytorium meduz, krokodyli słonowodnych (w tym czasie w środku ich okresu godowego) i kazuarów. Od tego momentu wszystko co słyszeliśmy od Australii przestawało być złośliwym żartem a zaczynało być prawdziwą przestrogą. Nasz cel, Wielka Rafa Koralowa był odległy o dwa dni jazdy a potem czekała nas podróż powrotna do Melbourne przez prawdziwy Outback. Czy wróciliśmy w całości? Czy widzieliśmy rekiny? Czy nie pozabijaliśmy się jadąc przez pustkowie przez trzy dni? Tego dowiemy się następnym razem.

A.

Wciąż w miarę wykąpani, wciąż przyjaciele.